To będzie powrót sentymentalny. Robert Korzeniowski, czterokrotny medalista olimpijski, wraca na Podkarpacie do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Jeden z najbardziej utytułowanych sportowców w historii, swój pierwszy złoty medal zdobył dokładnie 40 lat temu podczas Ogólnopolskiej Spartakiady Młodzieży (juniorskich zawodów rangi mistrzostw Polski) w Rzeszowie. W trakcie 17. Podkarpackiego Kalejdoskopu Podróżniczego legendarny chodziarz opowie o pierwszych sukcesach, rodzinnych stronach i pasji, która wciąż daje mu energię do działania.
W ramach Kalejdoskopu Podróżniczego odbędzie się także otwarty trening z Robertem Korzeniowskim, który zaplanowano na przedpołudnie 29 listopada 2025 r. na rzeszowskim Rynku, a swój udział w nim potwierdził także Prezydent Miasta Rzeszowa – Konrad Fijołek.
W rozmowie z Kubą Nizińskim, Robert Korzeniowski opowiada o pierwszych sportowych sukcesach, podróżach po świecie i miejscach, które na zawsze pozostaną dla niego symbolem domu. To opowieść o pasji, wytrwałości i bakcylu sportu, który towarzyszył mu od najmłodszych lat i wciąż daje mu ogromną satysfakcję i siłę do działania.

Kuba Niziński: Przyjazd na Podkarpacki Kalejdoskop Podróżniczy, wspólny, otwarty trening z Tobą na Rynku w Rzeszowie – dla całego Podkarpacia to będzie wyjątkowy weekend. Dla Ciebie to powrót do domu?
Robert Korzeniowski: Tak to odbieram. To jest powrót do kolorów i zapachów dzieciństwa, do starych podwórek, ulic i przyjaciół, którzy już podrośli. Tam jest moje życie. Tam się chodzi tak, jak całe życie chodziłem na pole, a nie na dwór. Te miejsca mają dla mnie ogromne znaczenie. Podobnie się tam mówi i współdzieli emocje. Mam jednak szerszą perspektywę – nie tylko Rzeszów. Urodziłem się w Lubaczowie, a dorastałem w Jarosławiu. Uwielbiam klimat tego miasta – stary rynek, mury, kościoły, brukowane ulice i moją szkołę. Ale też Tarnobrzeg – bardziej przemysłowy, z lekkim wiatrem przez Wisłę od Świętokrzyskiego – ma dla mnie swój urok.
Pamiętam zawsze o dziadkowych kolejarskich Oleszycach i rolniczym Cieszanowie , gdzie była moja pierwsza parafia a do którego regularnie wracam z trenującą lekką atletykę młodzieżą. Gdziekolwiek jestem, czuję się u siebie.
Kuba Niziński: Idąc ulicami, przyglądasz się ludziom, poznajesz jeszcze kogoś?
Robert Korzeniowski: Tak, zwłaszcza w małych miejscowościach, jak Cieszanów, Niemstów, Oleszyce Do szkoły tam nie chodziłem, ale mam sporo rodziny, tak jak w ukochanym Łańcucie. W Tarnobrzegu spotykam znajomych na ulicy. Liceum skończyłem właśnie tam, więc pamięć jest świeża. Trudniej jest mi odnaleźć kolegów z podstawówki w Jarosławiu, bo wyjechałem mając 12 lat, ale podwórkowe wspomnienia z ulicy Reymonta są żywe i wiele osób z tamtych czasów pojawiało się potem w moim życiu.
Kuba Niziński: Myśląc o tym, co wydarzyło się później – cztery medale olimpijskie, Mistrzostwa Świata, Europy – który moment był przełomowy?
Robert Korzeniowski: Myślę, że nie było jednej wielkiej daty pamiętanej przez wszystkich. Ale czwarta pozycja na Mistrzostwach Europy w 1990 roku była dla mnie kluczowa. Miałem wtedy 22 lata. Po czterech próbach, które musiałem przejść, aby zakwalifikować się do mistrzostw, nikt nie wierzył, że jestem wystarczająco dobry. Pojechałem do Splitu i byłem o krok od medalu. Polska lekkaatletyka była wtedy daleka od pozycji medalowych – brązowe medale zdobyli Sławek Majusiak i Piotr Piekarski. Ten moment poukładał mi w głowie, że to, co robię, ma sens na poziomie międzynarodowym. To był też czas wielkich zmian w Polsce, po 1989 roku, kiedy pomyślałem, że mogę być sportowcem na własnych zasadach.
Kuba Niziński: Myśląc o chodzie sportowym, to była lekkoatletyczna konkurencja, którą pokazywałeś Polakom.
Robert Korzeniowski: Dyscyplina na Podkarpaciu była bardzo popularna. Nie była tak popularna jak piłka nożna – może trochę jak hokej na trawie w Wielkopolsce. Chód sportowy miał silny regionalizm: Stalowa Wola, Mielec, Tarnobrzeg, Rzeszów, Nowa Dęba – wszędzie byli reprezentanci Polski. Zdobycie tytułu mistrza województwa to był poważny sukces. Pamiętam, że podziwiałem kolegę, który zdobył brązowy medal mistrzostw Polski, nie wiedząc, że za dwa lata sam będę uprawiał chód sportowy. Mówi się, że Tarnobrzeg w tamtych czasach, jeszcze tuż przed moimi początkami, ponoć wystawiał nawet dwustu zawodników!
Kuba Niziński: Jak myślisz o sportowej karierze, wiele zyskałeś czy coś Ci ona zabrała?
Robert Korzeniowski: Trochę z przymrużeniem oka – nie wybawiłem się tyle, co moi rówieśnicy w liceum czy na początku studiów. Niektórzy patrzyli na mnie z politowaniem. „No tak, znowu nie wychodzisz z nami”. Ale to wiązało się też z ogromnym szacunkiem. Nie miałem problemu, żeby wyjść wcześniej z akademickiej imprezy – koledzy dawali mi klucz, żeby móc odpocząć niżej. Owszem, ominęły mnie niektóre zabawy, ale z perspektywy życia były to dobre wybory.

Kuba Niziński: Wracasz do Rzeszowa trochę jak do domu? 40 lat temu tam zdobyłeś swój pierwszy poważny medal.
Robert Korzeniowski: Tak, to piękna historia. Rzeszów był zawsze regionalnym centrum, ważnym miejscem dla całego Podkarpacia. Mój tata pracował na stacji, był dyspozytorem kolejowym, wujkowie w WSK , ale i tez na kolei. Zdobycie tam medalu było dumą rodziny. Po roku trenowania chodu byłem świadomy swoich możliwości, choć rywale nie do końca w to wierzyli. Rok wcześniej byłem ostatni, a teraz – totalne zwycięstwo. To był dla mnie moment, który naprawdę zmienił moje życie – mówiąc współcześnie i z angielska Rzeszów ’85 był moim prawdziwym game changerem. Potem już nigdy nie oddałem tytułu mistrza.
Kuba Niziński: Teraz chodzisz, czy bardziej biegasz?
Robert Korzeniowski: Zdecydowanie chodzę. Miałem epizod biegowy – koledzy namawiali mnie do maratonów. Dochodziłem do 2:41 w maratonie jako 47-latek, ale chodzenie jest dla mnie wygodniejsze i naturalniejsze.

Kuba Niziński: Czyli będziemy w Rzeszowie chodzić?
Robert Korzeniowski: Tak, oczywiście. Polecam każdemu w każdym wieku – to zdrowe i proste. Wszystkich namawiam, żeby pojawili się na rzeszowskim Rynku 29 listopada na wspólnym treningu. Startujemy o godzinie 11:00.
Kuba Niziński: Będziesz też jedną z gwiazd 17. Podkarpackiego Kalejdoskopu Podróżniczego (28-30 listopada 2025, ZEN.COM Expo). Twoje podróże mam wrażenie zaczęły się dzięki rywalizacji sportowej.
Robert Korzeniowski: Tak, podróże były wielką motywacją. Początkowo trudno było wyjechać poza Podkarpacie – pociągiem z Jarosławia, Lubaczowa, Łańcuta do Rzeszowa. Później Gdańsk, Wrocław, Warszawa, a dzięki współpracy z Rumunią pojechałem nad Morze Czarne jako 16-latek. Chyba trzy dni w autobusie, ale to była przygoda życia. Sport pozwolił mi odwiedzić wszystkie kontynenty, poznać ludzi i rozwijać języki.
Kuba Niziński: Jesteś już wiele lat po zakończeniu kariery sportowej i wciąż podróżujesz. To znaczy, że wciąż masz chęć odkrywania świata?
Robert Korzeniowski: Nic się nie zmieniło. Nadal pielęgnuję relacje i planuję podróże – Meksyk, Etiopia, Peru. Planów mam bardzo wiele. Sport nauczył mnie odkrywać świat
i do teraz to wciąż trwa.

Kuba Niziński: Wracając na Podkarpacie, jakie są Twoje trzy ulubione miejsca w tym województwie?
Robert Korzeniowski: Trudne pytanie. Tych miejsc jest zdecydowanie więcej. Na pewno to jest Jarosław – tam dorastałem, znam każdy kamień i ulicę. Tam jest mój rynek, moja szkoła, moje podwórko. Mam ogromny sentyment do Cieszanowa i okolic. To rodzinne strony mojej mamy. Tam jest Chutor Gorajec, tam mam przyjaciół, z którymi robię fantastyczne rzeczy w sporcie I w kulturze. To jest bardzo mocne. Moim drugim podwórkiem na wakacje był Zamek w Łańcucie. Zamek, rower, bieganie z patykiem, to wyjątkowe wspomnienia. No i oczywiście musi być miejsce na Tarnobrzeg – czas licealny, rodzice, trasy, miejsca sportowe. On ma dla mnie wymiar mocno sentymentalny, bo tam się zaczęła moja historia sportowa. Jeśli miałbym wbić flagę gdzieś na Podkarpaciu, byłby to stadion Resovii – tam zdobyłem pierwszy złoty medal. Tam flaga musi zostać na zawsze. Myśląc o tych miejscach tym bardziej się cieszę, że zobaczymy się na Podkarpackim Kalejdoskopie Podróżniczym.
Bilety i karnety dostępne są pod adresem:



